Zespół Szkół nr 1 w Pszczynie

Publiczne Gimnazjum nr 2
· III Liceum Ogólnokształcące

Godło Polski i logo Pszczyny
15 grudnia 2015 roku

Jarmark Świąteczny w Dreźnie

Autobus sunie wśród wciąż zaspanych niemieckich pól, niespiesznie, jakby nic nie robiąc sobie ze wschodzącego słońca, które błyska miliardami swoich miodowozłotych odbić w oknach. W autokarze panuje cisza, przerywana czasem piosenką, która wydrze się na kilka chwil w uspokojoną atmosferę ze źle wytłumionych słuchawek. Ponad 60 osób śpi lub próbuje spać, każdy w swojej własnej, indywidualnej pozycji - niektórzy preferują ramiona swoich kolegów tudzież koleżanek, inni są fanami poduszek opartych o szybę, jeszcze inni wybierają po prostu swój bark i swoje siedzenie, starając umiejscowić się jak najwygodniej na tej połowie metra kwadratowego cennej powierzchni autobusu przeznaczonej tylko dla nich. Sen rysuje się na kształt długiego korytarza połączonych dziwnymi skojarzeniami obrazów, przerywany raz po raz interwałem świadomości - narzekaniem naciągniętego mięśnia lub obolałego karku. Jednak... coś narasta w powietrzu. Jakaś świadomość wydarzenia, które rychło nastąpi, wydarzenia, które teoretycznie jest celem całej wyprawy tych kilkudziesięciu osób, ale po pobudce o czwartej rano, ponad dziesięciu godzinach jazdy i nieustannych próbach zaśnięcia, teraz rysuje się jako coś niespodziewanego, jako niespodzianka. Oto jesteśmy - jak wielkie zwierzę po śnie zimowym, ludzie we wnętrzu autokaru budzą się powoli i niechętnie. Rozbrzmiewają pierwsze, jeszcze szeptane rozmowy. Idylliczną atmosferę ogólnego niewyspania brutalnie niczym młotek w zetknięciu z kryształowym kloszem niszczy jasny i niezrozumiale żywy głos pani przewodnik, wzmocniony przez głośniki autokaru i przez słuchawki w naszych uszach. Te słuchawki będą nam towarzyszyły cały wyjazd, pozwalając gardłu naszej przewodniczki odpocząć, a nam - usłyszeć więcej. A jest o czym słuchać.

Oto mijamy tablicę z nazwą miasta. Drezno. Witamy.

Apatycznie wychodzimy wielkim ludzkim ciągiem z dwóch wyjść autokaru. Nie ma czasu na przeciąganie się czy odpoczynek, robimy wszystko, aby nie zasnąć w miejscu. Po zaliczeniu pierwszego obowiązkowego postoju - łazienek, których system zapłaty jest na tyle skomplikowany, że po dziś dzień nie wiem w końcu, czy weszliśmy tam za darmo, czy musieliśmy coś za to zapłacić - z zegarkami pokazującymi okolice jedenastej wychodzimy ku miastu. Bez strachu, może wciąż lekko ziewający, lecz czujący w sobie coraz więcej życia, narastającą ekscytację gęstą siecią budynków i ulic dookoła, obcymi zapachami i dźwiękami dookoła - idziemy przed siebie.

Wybaczcie - nie mam miejsca do nazw miejsc, nawet, jeżeli bardzo lubię język niemiecki i szczerze chciałem zapamiętać chociaż jedną z nich. Lepiej zapamiętuję emocje i detale. Pamiętam świetny nastrój całej wycieczki. Śmiechy, rozmowy, czasami spontaniczne piosenki. Pamiętam wzruszające wyznania niektórych osób, które wcześniej zdawały się wadzić, a teraz padały sobie wzajemnie w ramiona. Pamiętam humorystyczne anegdotki pani przewodnik, którymi przeplatała swój wykład imponującej wiedzy o całym mieście, którego każdy, kto miał słuchawki, był uczestnikiem. Pamiętam imponujące swoimi rozmiarami i dbałością wykonania zabytki - porażające wielkością kościoły, przepiękne kamienice, zabytkowy bruk na ulicach. Na sam koniec... pamiętam. Poszliśmy na jarmark.

Wyobraźcie sobie wielki plac pośrodku metropolii. Teraz postawcie na tym placu namioty i stragany, z których każdy będzie różny, a jedyną ich cechą wspólną będzie uprzejmość sprzedawców i kolejki doń. Następnie wybudujcie jeszcze całe wesołe miasteczko, a to wszystko obsypcie ozdobami świątecznymi. Na koniec dodajcie to tego wszystkiego ludzi. Masy, masy ludzi. Ludzi idących luźną tyralierą, ludzi przeciskających się pomiędzy innymi ludźmi tylko po to, aby dotrzeć w miejsce wypełnione równie ściśniętymi ludźmi. Ludzi przerażająco miłych, uprzejmych i cierpliwych. Macie to przed oczyma?

To teraz wrzućcie w to wszystko grupę zmęczonych ponad 12-godzinną aktywnością na mieście nastolatków i ich opiekunów z Polski, którzy ledwo trzymają się na nogach, a mimo to wchodzą w cały ten tłum, w te ludzkie rzeki płynące pomiędzy straganami - i zrozumcie, dlaczego nie jestem w stanie tego opisać. Myślę, że nikt by potrafił. Coś tak niesamowicie świątecznego, pełnego energii i po prostu dobrych emocji można przeżyć. Ale słowa, jak zawsze, są ograniczone. Nawet prozaiczne "było niesamowicie" będzie tylko obrazą dla tego, co tam przeżyliśmy i zobaczyliśmy.
I chociaż był to dopiero 5 grudnia, Adwent nie był nawet jeszcze w swojej ćwiartce przebiegu, a wszyscy byliśmy przerażająco zmęczeni byciem na nogach i chodzeniem od tamtego bardzo-ważnego-zabytku do tego jeszcze-ważniejszego-zabytku - myślę, że właśnie wtedy i właśnie tam poczuliśmy iście bożonarodzeniową atmosferę.
Wracamy do autobusu, ledwo trzymając się na nogach, już nie tyle ze zmęczenia, co z dodatkowego ciężaru, jakim są nasze plecaki wypchane pamiątkami i prezentami świątecznymi dla rodziny. Zasypiamy, tym razem pewnym, uspokojonym snem. Mi osobiście chce śpiewać się kolędy. Uśmiecham się ku widokowi za oknem, za tym samym oknem, zza którego przed niecałą połową doby widać było miodowe błyski wstającego słońca, teraz ustępujące krwistoczerwonym zorzom zachodu. Widzę, że inni też nie potrafią powstrzymać uśmiechu, nawet, gdy drzemią, na ich ustach maluje się delikatny grymas.

Tegoroczne święta dla nas wszystkich zaczęły się nigdzie indziej, lecz właśnie tam - w Dreźnie. I na wzór miasta - będą niezapomniane.

Copyright © 2009-2017 by zs1pszczyna.pl - Wszystkie prawa zastrzeżone

Projekt i realizacja - Rafał Ples
Modyfikacja projektu - Wojciech Pszonak